niedziela, 2 listopada 2008

O tym, że nowy miesiąc...

Nastał listopad. Zaczęłam go od piętnastogodzinnego snu, ciekawe jak to wróży na przyszłość. Generalnie zbieram motywację. Wypadałoby się wybrać na zakupy, zrobić zapasy na zimę i nabrać energii do pracy.
A tymczasem nadchodzi nowe. Nowy telefon, nowa pralka, nowe życie, nowy miesiąc. nowa praca, nowe doświadczenia, nowe filmy, nowi znajomi. Nowy ból głowy...
Zbieram się w sobie, żeby się zabrać. Nie warto rozpoczynać czegoś od niedzieli. Wystarczy, że posprzątałam i robię pranie. Wyszłam z domu, co mi się w weekendy rzadko zdarza ostatnio. I tak sobie egzystuję. Jutro się wezmę, bo trzeba - ScarlettO'Haryzm w pełnym rozkwicie... Nie myślę o pracy, nie myślę o niczym.
Co z tego, że nie mam czasu? Potrzebuję mężczyzny, żeby mnie zapewnił o mojej wartości. Jak bardzo my kobiety jesteśmy od nich uzależnione... Od ich opinii, zdania, silnej ręki i ciepła, mniejszych bądź większych zdolności manualnych. Jesteśmy, nie da się nic na to poradzić.
Idą Święta, kolejne. Tym razem będę miała swoją choinkę. Czy to nie fajne? Pewnie tak :) Sama nie wiem, jestem rozkojarzona. I nie mam pieczywa.
Raczej nie będę się dziś niczym konstruktywnym zajmować. Raczej włączę sobie jakiś film i zatopię się w niebycie. Raczej nie podajemy sobie rąk, raczej nie pokazujemy palcem, raczej mało obchodzimy się nawzajem...*
Jutro wielki dzień, prawda?
Tylko sama nie wiem, po co.
Bełkot, prawda? No trudno.

Potrzebuję, żeby się mną zająć.

Pozdrawiam.
--
*happysad - Nostress

2 komentarze:

  1. Proza życia... jednym słowem. Tak jak Autorka bloga też nie mam na nic czasu, bo praca, praca i jeszcze raz praca... Jednak czy "uzależnianie" dobrego samopoczucia od istnienia drugiej Połowy to dobry pomysł ??

    3m sie dzielnie...
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń